Rozwiń menu
Wyszukaj
Grupa Kapitałowa Grupa Azoty
Wybierz spółkę
Po godzinach
Po godzinach

Nie jesteśmy tylko inżynierami, chemikami, specjalistami i pracownikami. Przede wszystkim jesteśmy ludźmi, mamy swoje rodziny, swoje pasje i marzenia. Doskonale wiemy, że zatrudniając człowieka, nie odrywamy go od rzeczywistości, w której żyje.

Wiemy, że praca zawsze ma wpływ na życie codzienne i rodzinne. Dlatego staramy się, aby nasz wpływ na życie naszych pracowników był jak najlepszy. Wspieramy ludzi mających pasje i zainteresowania, nawet jeśli nie wiążą się one bezpośrednio z pracą. Chodzi o postawę. Lubimy ludzi z inicjatywą, pełnych zaangażowania i chętnych do uczenia się nowych rzeczy.

Zapraszamy do zapoznania się z pasjami naszych pracowników.

Sposób na odporność? Pływanie lodoweRozwiń

Pływanie lodowe to pływanie w wodzie o temperaturze poniżej 5°C. Sport ten uprawia wiele osób na świecie, głównie w Skandynawii i Rosji, ale również w Czechach. Korzenie tej dyscypliny sportu sięgają lat dwudziestych ubiegłego wieku. W Polsce jest mniej popularny, ale nawet u nas organizowane są zawody w randze Pucharu Świata. Wśród pracowników naszej spółki mamy kolegę, który aktywnie uprawia pływanie lodowe. To Jędrzej Nosko – Menadżer ds. Eksportu w Grupie Azoty Zakłady Azotowe w Chorzowie.

Jędrzeju, czym się różni pływanie lodowe od morsowania?
Morsowanie, które bije obecnie rekordy popularności, to tak naprawdę przedsmak pływania lodowego i zwykle jest do niego pierwszym krokiem.

Jędrzeju, jak w ogóle doszło do tego, że zainteresowała Cię taka dyscyplina sportu?
W moim przypadku morsowanie było właśnie pierwszym krokiem. Zawsze lubiłem pływanie i jako takie regularnie uprawiałem w wersji powszechnie znanej, czyli basen i otwarte akweny latem. Przygodę z morsowaniem rozpocząłem 7 lat temu i doszedłem do momentu, kiedy zaczęło być to już trochę nudne. Adepci morsowania zwykle rozpoczynają od 3 do 5 minut. Kiedy 30-minutowy pobyt w wodzie o temperaturze bliskiej zeru nie był dla mnie już żadnym wyzwaniem, spotkałem na swojej drodze Krzysztofa Gajewskiego ze stowarzyszenia Pływanie bez Piany – jednego z pionierów pływania lodowego w Polsce i członka IISA (International Ice Swimming Association). Zaproponował, bym spróbował swoich sił na treningach, które prowadzi w sporcie gwarantującym dużo mocniejsze doznania niż morsowanie. Przekonał mnie, a ja pokochałem ten sport od pierwszego zanurzenia się.

Czy możesz pochwalić się jakimiś osiągnięciami?
Niestety, nie mogę pochwalić się jeszcze medalami, natomiast brałem już kilkukrotnie udział w zawodach elity, w tym Otwartych Mistrzostwach Polski w Zawierciu w 2019 roku. Późniejsze starty, ze względu na pandemię COVID-19, często nie dochodziły do skutku, aczkolwiek zaliczyłem w tym roku jedne zawody z cyklu Pucharu Polski w Głogowie na Odrze.

W jaki sposób przygotowujesz się do sezonu? Czy wymaga to jakiegoś szczególnego treningu, na przykład wizyt w kriokomorach?
Przygotowanie składa się z dwóch elementów. Są to zasadniczy trening pływacki na basenie oraz budowanie tolerancji na niskie temperatury. Najwięcej do poprawy mam w tym pierwszym elemencie, ale z roku na rok podnoszę swoje umiejętności. Odporność na niskie temperatury można wypracować, ale są pewne ograniczenia, ponieważ jest to cecha osobnicza. Niektórzy po prostu znoszą chłód lepiej niż inni. Mogę dodać jako ciekawostkę, że jest to jeden z niewielu sportów, gdzie tkanka tłuszczowa nie jest niemile widziana, co może być nie bez znaczenia dla wielbicieli jedzenia, do których niewątpliwie się zaliczam.

Jędrzeju, czy dzięki pływaniu w zimnej wodzie jesteś bardziej odporny? Polecasz nam tę dyscyplinę jako sposób na katar?
Samo morsowanie pozwala zdobyć naturalną odporność. Od wielu lat nie byłem u lekarza. Nie oznacza to odporności na choroby wywoływane przez wirusy, takie jak grypa czy też COVID-19. Faktem jest natomiast, że zarówno morsowanie, jak i pływanie lodowe wpływa na poprawę zdrowia i to nie tylko pod kątem odporności, ale również pracy układu krwionośnego, nerwowego oraz uwaga dla pań: wpływa pozytywnie na stan skóry, a zwłaszcza na jej jędrność.

Czego mógłbym Ci życzyć? Masz może jakieś plany związane z tą dyscypliną?
Celem każdego pływaka lodowego jest koronny dystans lodowej mili. Jest to ponad 1600 metrów w wodzie o temperaturze poniżej 5°C. Wymaga dobrego przygotowania pływackiego i dużej odporności, bo wiąże się z pływaniem przez ponad pół godziny. Najwyższym celem jest przepłynięcie lodowej mili w Arktyce, gdzie dzięki zasoleniu woda nie zamarza pomimo temperatury -2°C. Jest to wyzwanie najwyższej próby, które wymaga doskonałego przygotowania fizycznego i psychicznego, ale również sporych nakładów związanych z samą podróżą i pobytem w Arktyce. Jest to moje marzenie, które chciałbym spełnić. Wierzę, że w którymś wywiadzie opowiem Ci, jak to marzenie zrealizowałem w praktyce. Na zakończenie namawiam wszystkich do spróbowania swoich sił w morsowaniu i tym, którym się to spodoba, życzę odwagi do wykonania kolejnego kroku, jakim jest pływanie lodowe. Negatywnych skutków przy odpowiedzialnym podejściu właściwie nie ma, a lista korzyści jest długa.

Pierwszy Polak zdobywcą 10 najwyższych masywów górskich obu Ameryk Rozwiń

Edward Fudro – od 1982 roku pracownik Grupy Azoty ZCH Police S.A. Zatrudniony aktualnie na stanowisku Menedżera procesu ds. Emisji Gazów Cieplarnianych, Analiz Technologicznych i Środowiskowych. Od 1985 roku członek Szczecińskiego Klubu Wysokogórskiego.

Biegacz długodystansowy, w swoim dorobku ma między innymi trzy tytuły Mistrza Polski w kategorii M-50 w 100 kilometrowych Biegach na Orientację (2012 r., 2013 r., 2015 r.). Siedmiokrotnie plasował się w pierwszej dziesiątce Pucharu Polski na tym dystansie w kategorii OPEN (w latach 2009 – 2015).

Dlaczego Andy?
W polskiej historii alpinizmu Andy są istotnym elementem. Nasze wyprawy w te góry przed II wojną światową należały do pionierskich wydarzeń światowego alpinizmu. Tam zaczęliśmy pisać tę polską alpinistyczną historię, zdobywając wówczas dziewicze szczyty Mercedario, Pissis czy Walter Penck oraz wytyczając nową drogę na najwyższy szczyt kontynentu – Aconcagua. Polacy odkryli to pasmo zarówno dla alpinizmu światowego jak i dla samej Argentyny. Dlatego też najwięcej wydań „Wyżej niż kondory”- relacji z pierwszej polskiej wyprawy ukazało się właśnie w Argentynie, a nazwisko jego autora Wiktora Ostrowskiego należy do najbardziej znanych tu Polaków.

Zaczęło się zwyczajnie. Byłem wówczas już po wejściach na najwyższe wierzchołki Europy, Afryki oraz Ameryki Północnej. Po otrzymaniu od kierownika grupy warszawskiej propozycji uczestnictwa w wyprawie na najwyższy wierzchołek Ameryki Południowej - Aconcagua - nie zastanawiałem się długo. Kilka lat wcześniej taką wyprawę organizował mój macierzysty Klub Wysokogórski ze Szczecina. Wówczas nie mogłem jechać, więc tym razem chciałem wykorzystać nadarzającą się okazję.  Wyprawa zakończyła się sukcesem oraz poznaniem nowych przyjaciół. Po kilku latach przyszła od kierownika wyprawy - Wojtka Jankowskiego - kolejna krótka informacja. Jedziemy na Atacama. Jest to suchy płaskowyż typu wulkanicznego na wysokości około 4000 m n.p.m, oddalony od cywilizacji, ot taki zaginiony wręcz świat. Dołączasz? Tam znajdują się Ojos de Salado oraz Mount Pissis czyli numery 2. i 3. pod względem wysokości kontynentu. Ponieważ ciągle nie było jeszcze stuprocentowej pewności, który to szczyt tego kontynentu jest faktycznie najwyższy, lepiej mieć zaliczoną całą trójkę. Rejon mimo przedwojennej historii, został niejako zapomniany przez polski alpinizm. Zgodnie z posiadanymi informacjami - jeżeli wejdziemy na te szczyty, będziemy w pierwszej dziesiątce Polaków, którzy tego dokonali.

Wówczas nie znałem tego rejonu, nie miałem również innych planów górskich. Zabrzmiało to na tyle interesująco, że odpowiedź mogła być tylko jedna. Rejon faktycznie leży na końcu świata. Już sam dojazd stanowił i stanowi nadal kilkudniowe poważne przedsięwzięcie logistyczne.

Lot do Buenos Aires - stolicy Argentyny, później kilkunastogodzinne jazdy autobusami przez Catamarka do Fiambali (odległość od stolicy około 1500 km) ostatniej osady przed pustynią. Dalej ok. 200 km już tylko wynajętym samochodem z napędem 4X4 w rejon danej góry, aby na końcu rozpocząć kilkudziesięciokilometrowe piesze marsze z obciążeniem prawie 30 kg. Nie należy zapomnieć w kilku przypadkach (Tres Cruses oraz Incahuasi) o konieczności wyniesienia dodatkowo kilkunastu litrów wody na osobę – są to rejony pustynne. Dalej już jakoś poszło. Kilkukrotne powroty na Puna de Atacama. Rejon praktycznie opuszczony, jedynie sporadycznie odwiedzany przez wspinaczy czy turystów, o krystalicznie przejrzystej atmosferze. Pełen niesamowitych formacji skalnych o bajecznych wręcz kolorach (czerwone, czarne, żółte, brązowe). Mocno „naszpikowany” sześciotysięcznikami – jest ich tu ponad 50. Również najwięcej masywów z TOP10, bo aż siedem jest tutaj położonych.

I tak z dużą częstotliwością (przerwy wynikały z realizacji innych projektów na innych kontynentach jak np. wejścia na wszystkie siedmiotysięczniki Pamiru), cyklicznie rozszerzałem listę udanych wejść andyjskich.

Oczywiście w alpinizmie dużą, a nawet decydującą rolę odgrywają warunki pogodowe. W przypadku Puny zwłaszcza częste i silne wiatry – wiejące nawet z prędkością 100 km /godz. oraz załamania pogody (burze i opady), które niejednokrotnie zatrzymują próby wejścia na wierzchołek. Tak było np. w przypadku Incahuasi, na który wszedłem za drugim podejściem, a mój partner za trzecim.

Alpinizm nie jest dyscypliną indywidualną. Duże znaczenie ma skład i przygotowanie zespołu. To że udało mi się stanąć na wszystkich dziesięciu najwyższych wierzchołkach masywów andyjskich było również zasługą osób, które w tych wyprawach uczestniczyły. Nie sposób ich wymienić. Szczególne podziękowania należą się: Wojtkowi Jankowskiemu
z Warszawy – za zainspirowanie mnie Puną de Atacama, Jackowi Sidlarewiczowi z Żyrardowa – kierownikowi sześciu wypraw andyjskich oraz Piotrowi Idczakowi z Częstochowy za wspólne wejścia na najtrudniejszy szczyt w wykazie -  peruwiański Huascuran Sur oraz pierwsze polskie przejście północnej grani Bonete Chico (wg pomysłu Jacka).

Kiedy pomyślałem o zdobyciu Top10 Ameryk?
Praktycznie po udanym wejściu ze swoim przyjacielem z Częstochowy na najwyższy szczyt Peru - Huascuran Sur. Trudna góra typu himalajskiego z dużą ilością śniegu i lodu, wiszących seraków – gotowych w każdej chwili odpaść i wywołać lawinę. To był wówczas już mój numer ósmy. Czyli pozostały jeszcze dwa. Llullaillaco – położone na samym północnym krańcu Argentyny i Incahuasi – która mnie już raz pokonała. Każda wyprawa trwa około miesiąca. Jest to czas niezbędny dla dojazdu, zaaklimatyzowania się do przebywania na dużych wysokościach, w tym wejścia na tzw. niskie sześciotysięczniki, właściwą działalność górską oraz powrót. W kolejnych dwóch latach ta sztuka się udała. Pogoda i współpartnerzy dopisali. Dzięki temu mogłem do swojego wykazu osiągnięć dopisać również pierwsze polskie zdobycie dziesięciu najwyższych masywów górskich And.

Pełny wykaz wejść Edwarda Fudro na 10 najwyższych masywów Ameryk:

Agancagua  

6 962 m         

12.01.2007r.

Ojos del Salado                  

6 893 m         

13.02.2010r.

MountePissis  

6 795 m         

19.02.2010r.

Huascuran Sur                  

6 768 m         

20.07.2018r.

Bonete Chico                     

6 759 m         

23.01.2014r.

Tres Cruses Sur                 

6 748 m         

18.01.2017r.

Llullaillaco     

6 739 m         

25.01.2019r.

Mercedario   

6 720 m         

23.01.2015r.

Walter Penck/Cazadero   

6 658 m         

13.01.2014r.

Incahuasi    

6 621 m         

30.01.2020r.

Szczegóły wyprawy na facebook: Puna de Atacama pl

Siła i wyzwanieRozwiń

Runmageddon jest stosunkowo młodą dyscypliną, nieustannie rozwijającą się w Polsce. Liczba zafascynowanych tym sportem codziennie wzrasta, obecnie jest ponad 250 tysięcy trenujących. Powszechnie Runmageddon uchodzi za nietypowy, ekstremalny bieg z przeszkodami, choć za tą definicją kryje się szerszy aspekt tej dyscypliny. Przemysław Ziejka pracuje jako młodszy aparatowy na hali sprężania w wydziale amoniaku Grupy Azoty S.A. Od trzech lat trenuje siłowo, a od roku ten charakterystyczny sport, który już w swojej nazwie zawiera specyficzną wolę walki i wyzwania.

Przemku, czym według Ciebie jest Runmageddon i jak zacząłeś swoją przygodę z tym sportem?
Runmageddon określiłbym jako wyzwanie, mocne pragnienie sprawdzenia siebie pod kątem kondycji czy umiejętności przekroczenia własnych granic wytrzymałości. W tej dyscyplinie konieczny jest rygorystyczny trening wytrzymałościowy. Sprawdzamy tutaj, w jakim miejscu jest nasza proporcja siły w stosunku do wytrzymałości, staramy się odnaleźć równowagę pomiędzy tymi wartościami.

Gdy zobaczyłem reklamę Runmageddonu, pomyślałem, że bardzo chciałbym spróbować tej dyscypliny. Zapisałem się więc na najbliższe zawody. Początkowo wydawało mi się, że jest to zwykły bieg z przeszkodami, polegający m.in. na pokonaniu ściany, przez którą trzeba przejść. Nazajutrz po zapisie rozpocząłem trening siłowy wraz z pokonywaniem dystansu kilkukilometrowego w trudnych warunkach, m.in. po zaoranych polach.

Jakie są elementy Runmageddonu?
Dyscyplina ta ma w swojej puli blisko 150 przeszkód. Która z nich ma się znaleźć na torze, zależy od uwarunkowań terenu, pory roku. Niekiedy wszystko odbywa się w trybie losowym. Na przykład gdy byłem w Lesku, startowaliśmy z ogromnym klockiem drewna na plecach, z którym należało pokonać dystans ok. 300 metrów. Po odłożeniu tego kawałka drewna pojawił się element przeskoczenia – 2,5-metrowa ściana. Kolejny etap biegu to przebiegnięcie przez rzekę San, która w swej szerokości ma 70 metrów. Maksymalny poziom wody w rzece sięgał średnio do bioder uczestnika, by każdy musiał być przynajmniej w połowie zanurzony w Sanie. Czterometrowa ściana z linami, po których należy się wspiąć, a na drugiej stronie opuścić, nie należy do łatwych elementów. Wymagając od siebie, jesteśmy w stanie pokonać każdą przeszkodę. Podczas Runmageddonu w Krakowie spotkałem się z siatką rybacką założoną w błotnistym miejscu, pod którą należało się przeczołgać. Realnie patrząc, chodziło o nurkowanie w błocie. W Lesku z kolei biegłem z łańcuchem rybackim o wadze ok. 30 kilogramów na karku. Choć trasa ta była krótka, odczułem ją bardzo. Zdarza się, że trzeba wykonać odpowiedni balans ciałem, by siłą rozpędu szybciej i pewniej uchwycić drążek, na którym opiera się ciężar naszego ciała. Nieodzownym elementem Runmageddonu otwartego jest fakt wzajemnej pomocy podczas pokonywania przeszkód. Każdy każdemu pomaga. Gdy biegnie drobna dziewczyna, która ma problem z przeniesieniem ogromnej belki, wtedy zawsze ktoś przyjdzie jej z pomocą. Ludzie z różnych rejonów Polski łączą się z sobą, stając się jedną drużyną. Chodzi tu nie tylko o zwycięstwo i chęć sprawdzenia samego siebie, lecz przede wszystkim o dostrzeżenie wartości pozytywnych zachowań wobec drugiego człowieka. Przejawia się to w zdrowej rywalizacji, wzajemnej pomocy i dobrej współpracy. Wiele zależy od chęci przeskoczenia swoistej emocjonalnej bariery przez daną osobę. Po przebytym biegu starałem się namówić znajomych do uczestnictwa w Runmageddonie. Od razu odpowiadali mi, że są trudne warunki, błoto, trzeba biegać, wcześniej się przygotować, że nie mają siły, by utrzymać się na przeszkodach. Dużo łatwiej jest włączyć ulubione seriale czy też emocjonującą grę w komputerze, niż wyjść zimową porą na trening, ale satysfakcja po tym ostatnim jest nie do opisania. Gdy widzę trudny element przed sobą, wiem, że muszę go pokonać. Tutaj od siły fizycznej ważniejsza jest wewnętrzna wola walki. Kiedy powiemy sobie: „nie dam rady”, przegrywamy z samym sobą.

Czy każdy może wziąć udział w Runmageddonie?
Na Runmageddon zapisujemy się nawet już 6 miesięcy wcześniej i nie wiemy, czy ten dzień będzie słoneczny, czy burzowy. Na stronie internetowej Runmageddonu rozpisane są imprezy w poszczególnych miastach, terminy, w których będą się odbywały, odległości do pokonania. Najczęściej biegi odbywają się w sobotę i niedzielę. Wtedy już od połowy tygodnia możemy zapoznać się z przeszkodami, które spotkamy na naszej trasie, wraz z charakterystyką terenu. Zorganizowanie Runmageddonu wymaga ogromnego nakładu pracy i zaangażowania grupy ludzi. Samochody ciężarowe przywożą zestawy przeszkód, które przez kilka dni są składane. Ponadto podczas biegu poszczególne osoby dbają o to, by na trasie nie doszło do niebezpiecznych sytuacji, np. wjechania nieoczekiwanego pojazdu czy wtargnięcia grupy entuzjastów. Zapisać może się każdy, kto tylko ma chęć i wolę sprawdzenia własnych umiejętności. Uczestnicy biegu ekstremalnego są ubezpieczeni od poważnych kontuzji. Otrzymujemy koszulkę startową wraz z chipem, który potwierdza nasz udział w biegu. Startujemy zwykle w 80–100 osób, w 15-minutowych odstępach czasu. Na początku biegniemy najszybciej, jak tylko możemy. Tak zainicjowany bieg daje nam zysk na czasie, gdy spowolnimy podczas pokonywania rozmaitych przeszkód. Ponadto, gdy zdobędziemy przewagę na starcie, możemy być pewni, że wbiegniemy na przeszkodę przed innymi uczestnikami zawodów. W biegu biorą udział rodziny z małymi dziećmi, zawsze organizowany jest bieg z przeszkodami dla najmłodszych. W Krakowie niebawem będzie do pokonania dystans 6 kilometrów zawierający 30 przeszkód. Najdłuższy Runmageddon w 2020 roku odbył się na zakończenie sezonu w Lesku i był to dystans 42 kilometrów z 150 przeszkodami.

Opowiedz o swoich sukcesach w Runmageddonie i jak przygotowujesz się do biegu.
Podczas zawodów w Krakowie zająłem 2. Miejsce w swojej grupie. Startowało nas wtedy 2200 osób i po trudnej walce zdobyłem dobre, 63. miejsce. Moim sukcesem jest udział w biegu w Lesku, który zakończyłem na 11. Pozycji z 400 osób startujących. Obecnie przygotowuję się do biegu na dystansie 21 kilometrów, który ma na trasie 70 przeszkód. Jeśli chodzi o przygotowanie, to trenuję w mojej domowej siłowni. Trudno jest porównać Runmageddon do biegu, jaki znamy powszechnie, w którym ustalone jest tempo i wiemy, czego możemy się spodziewać. W dyscyplinie, którą uprawiam, trzeba skupić się nad konkretną przeszkodą, wziąć jakiś przedmiot, z którym musimy przebyć pewien odcinek drogi. Jeśli przygotowuję się do biegu na 6 kilometrów z przeszkodami, to wcześniej trenuję ten dystans bez obciążeń, żeby przyzwyczaić organizm do określonej trasy. Wszystko w celu rozłożenia sił. Ćwiczenia siłowe to osobna część treningu. Trzeba regularnie ćwiczyć siłę uchwytu. Ponadto raz w tygodniu przechadzam się ze sztangą na barkach czy z workiem z piaskiem. Naturalnie wybieram tereny błotniste, analogiczne do terenu, w którym odbywa się Runmageddon. 

Co czujesz na końcu biegu?
Im cięższe warunki na trasie, tym lepiej możemy poznać samych siebie. Możemy sprawdzić się siłowo i pod kątem psychiki. Na końcu biegu staram się spojrzeć wstecz na każdy element, by dostrzec przeszkody, które sprawiły mi najwięcej trudności. Wtedy wiem, w który punkt należy uderzyć. I robię wszystko, by w następnym Runmageddonie te przeszkody były dla mnie pestką.

Jak zachęciłbyś osobę, która się waha, do udziału w Runmageddonie?
Zanim wybierzemy się na bieg, musimy poćwiczyć siłę uchwytu. Można to uczynić, wybierając się do parku z drabinkami, drążkami bądź do siłowni. Utrzymanie się na drążku czy przemieszczanie pomiędzy nimi to nieodzowna część biegu. Zawiśnięcie jednorącz na drążku przez min. 15 sekund gwarantuje nam stabilność w pokonywaniu przeszkody. Na start wszystkim polecam dystans 3 kilometrów wraz z 15 przeszkodami. To pierwsza forma na sprawdzenie siebie. Podchodząc do biegu, dobrze jest mieć wsparcie bliskiej osoby. Na każdy bieg wybiera się ze mną moja narzeczona. To ona prowadzi samochód nieraz w odległy rejon Polski, bym ja był w pełni wypoczęty i w jak najlepszej formie. W „miasteczku Runmageddonu” moja narzeczona zawsze jest na starcie i linii mety, dodając mi dużo ciepła i pełnego wsparcia, zarówno na początku, jak i na końcu biegu. Myślę, że każdy, kto przełamie się do udziału w tym ekstremalnym biegu, nie pożałuje. Kształtowanie własnej siły charakteru jest pozytywną cechą każdego człowieka. Runmageddon możemy odnieść do różnorakich sytuacji życiowych. Niekiedy w życiu osobistym obawiamy się spróbować działań, które mogą nas przerosnąć. Podczas biegu nie ma słów typu „nie dam rady”, „nie pokonam przeszkody”. Podejmujemy szybkie, konkretne decyzje, nie zatrzymując się w miejscu. Zawsze można spaść z drabinki czy ze ściany. Najważniejsza jest jednak umiejętność powstania, niezałamania się, pragnienie dalszej walki. Gdy zaczynałem treningi, trudno było mi utrzymać się oburącz na drążku, a o wielokrotnym podciągnięciu ciała na dwóch rękach lub zwisie na jednej ręce nie było mowy. Dziś dla mnie jest to naturalne. Trening doskonale przekłada się na życie codzienne. Wielu moich znajomych wybiera bieg, który znamy wszyscy z codziennych, wieczornych widoków, jazdę na rowerze czy siłownię. Wszystko w ramach sportu połączonego z przyjemnością. Brakuje tu połączenia z elementem wytrzymałości psychofizycznej. Ludzie boją się rygorystycznego treningu, nie chcą się zmęczyć czy pobrudzić. Niekorzystną aurę podsyca fakt pandemii i szarej codzienności, od których to każdy z nas pragnie się uwolnić. Runmageddon jest idealnym miejscem do odkrycia własnej sfery duchowej, wypowiedzenia walki swoim słabościom, wyprowadzenia pozytywnej energii, która w dzisiejszych czasach jest każdemu potrzebna. Gorąco zachęcam wszystkich do zainteresowania się tą specyficzną formą sportu, przełamania się, by w końcu odnieść własny, wewnętrzny sukces po to, by… zapisać się na bieg!!!

Fenomen, który stał się stylem życiaRozwiń

Mimo 40-letniej historii Depeche Mode to wciąż jeden z najbardziej elektryzujących zespołów na świecie. Mając w dorobku 14 albumów studyjnych nie zatracił umiejętności zaskakiwania swoich fanów, wciąż pozyskując rzesze nowych. W przypadku Depeche Mode relacja idol-fan jest oparta na obustronnym zainteresowaniu, szacunku i zaufaniu. Zespół niejednokrotnie oddawał hołd swoim miłośnikom, poświęcając im fabułę filmu dokumentalnego czy przekazując pod opiekę swój oficjalny fanpage na Facebooku. Kontynuując tę ideę, przedstawiamy sylwetki dwóch "azotowych" wielbicieli Depeche Mode i ich historie związane z ukochanym zespołem.

Spotkać ikonę - Rozmowa z Łukaszem Apostelem

Jak zaczęła się Twoja historia z Depeche Mode? Co przyciągnęło Twoją uwagę?     
To był rok 1989, byłem z rodzicami na wczasach w ośrodku Relaks w Turawie. Pamiętam, że przyjechała jakaś kolonia, zdaje się że z Czechosłowacji. Mieli ze sobą magnetofon i słuchali muzyki, później okazało się, że była to koncertowa „101” (pierwszy album koncertowy Depeche Mode, wydany w 1989 r. - przyp. red.). Usłyszałem utwór „Behind the Wheel”, który tak wgryzł mi się w mózg, że potem ciągle go słuchałem i nuciłem. W tej piosence nie ma refrenu, jest zapętlony rytm. Słuchając ma się wrażenie, że jest się w podróży. Później moja siostra kupowała lub przegrywała pierwsze kasety Depeche Mode.

Mój pierwszy kontakt z liryką zespołu nastąpił, gdy w kędzierzyńskiej księgarni „Zielona” pojawiły się książeczki z tłumaczeniami tekstów Depeche Mode. Dowiedziałem się, o czym oni właściwie śpiewają. Jeszcze będąc nastolatkiem nie rozumiałem sensu niektórych utworów, ale później można powiedzieć, że z nimi dojrzewałem. Muzyka Depeche Mode była ciągle obecna w moim życiu, na różnych jego etapach, we wszystkich ważnych momentach.

I trzecia kwestia – wizualna identyfikacja. Gdy w 1990 r. zespół wydał chyba najbardziej komercyjną płytę – „Violator”, w Polsce nastąpił boom. Ludzie zaczęli się ubierać jak Dave, Alan, Martin i Andy. Czarne ubrania, obowiązkowo „lotnisko” na głowie. Udało mi się wtedy znaleźć w sklepie muzycznym naszywkę z symboliczną różą z okładki „Violator”. Naszywałem sobie ją do szkolnego mundurka i codziennie mi ją zrywano. Ja z uporem maniaka przyszywałem ją z powrotem. 

Jak uważasz, na czym polega fenomen tego zespołu? Co Ty najbardziej w nim kochasz?
Jest wiele powodów, dla których można uznać Depeche Mode za fenomen. Przede wszystkim istnieje subkultura fanów, którzy nie mają żadnej wspólnej ideologii, łączy ich jedynie twórczość jednego zespołu. Sam zespół to mieszanka całkowicie różnych osobowości. Mamy Dave’a Gahana, który jest frontmanem, świetnym wokalistą i showmanem, ekstrawertykiem, a na drugim biegunie Martina Gore’a, bardzo skrytego człowieka i genialnego kompozytora, twórcę tekstów. Na przełomie lat 80. i 90., kiedy powstawały najbardziej innowacyjne utwory Depeche Mode i moim zdaniem najlepsze płyty, członkiem zespołu był Alan Wilder, który jako jedyny posiadał muzyczne wykształcenie. Bardzo przyczynił się do sukcesu zespołu, był odpowiedzialny za jego unikatowe brzmienie. Dzięki temu kiedy słyszymy w radiu jakąś piosenkę Depeche Mode, od razu wiemy, że to Depeche Mode. Kiedy Martin Gore przynosił do studia demo utworów, surowe wersje, Alan Wilder brał je na warsztat i robił z nich majstersztyki. Warto podkreślić, że wielu światowych artystów przyznało, że twórczość Depeche Mode stanowiła dla nich inspirację. Co dla mnie jest niezrozumiałe, zespół odniósł niesamowity sukces praktycznie wszędzie poza rodzinnym krajem. 

Który utwór Depeche Mode jest Ci najbliższy?          
Nie mam jednego ulubionego utworu ani płyty, co jakiś czas odgrzewam którąś z nich. To, czego obecnie słucham, zależy od mojego nastroju emocjonalnego. Bardzo lubię słuchać muzyki wieczorem, na słuchawkach, gdy mogę zagłębić się w tę przestrzeń dźwiękową, wsłuchać się we wszystkie smaczki. Bywa, że po odsłuchaniu płyty kilkanaście razy nadal odkrywam coś nowego. Ostatnio wróciłem do albumu "Songs of Faith and Devotion" z 1993 roku i utworu „Walking in my shoes”, gdzie warstwa muzyczna, kompozycja i tekst, a także oprawa wizualna teledysku tworzą małe arcydzieło. Jestem bardzo związany emocjonalnie z płytami wydanymi w latach 80. i początku lat 90., tworzonymi jeszcze z Alanem Wilderem. W późniejszych w moim odczuciu czegoś brakowało, mimo że każda z nich jest inna, a zespół pozostaje twórczy i nie odcina kuponów.

Jaka jest najbardziej wyjątkowa rzecz w Twojej kolekcji „depesza”?         
Perłą jest niewątpliwie wydawnictwo „Monument”. Jest to prawdziwa skarbnica wiedzy, pełna wyjątkowych zdjęć, wycinków, mało znanych historii. Każdy fan Depeche Mode powinien mieć ją na półce. Od lat kolekcjonuję tzw. tourbooki, wydawane przy każdej trasie koncertowej. Szczególnie trudno było mi zdobyć te z lat 80., ale niektóre znalazłem w internecie – pozaginane, powycierane, przybrudzone, ale są. Zawsze podobała mi się strona wizualna zespołu, za którą odpowiada Anton Corbijn – fotograf, twórca większości teledysków i scenografii koncertowej. Jego niesamowite zdjęcia, szczególnie czarno-białe, które wzbogacają większość wydawnictw. Oczywiście mam całą kolekcję płyt Depeche Mode, dla których przeznaczyłem szczególną półeczkę w moim mieszkaniu.   

Czy masz jakieś rytuały i dziwactwa związane z muzyką Depeche Mode?    
Już jako dziecko, gdy wiedziałem że wyjdzie nowa kaseta, wcześniej odkładałem na nią pieniądze. To była dla mnie świętość – przychodziłem do domu bardzo szczęśliwy, zamykałem się w pokoju, odklejałem folię z kasety, czytałem całą dołączoną książeczkę i dopiero wtedy słuchałem muzyki. Musiałem mieć do tego całkowitą ciszę i spokój, podchodziłem do całej sytuacji z namaszczeniem (śmiech). Teraz też mam pewne dziwactwo – gdy kupuję płyty Depeche Mode, nie wyciągam ich i nie odsłuchuję, ponieważ boję się, że się zniszczą. Słucham ich muzyki w internecie.  

Jak bliscy podchodzą do Twojej pasji, czy są jej częścią?    
Mój ojciec, który podobnie jak ja ma wykształcenie muzyczne, z początku nie był dobrze nastawiony do muzyki Depeche Mode, jednak z biegiem czasu przekonał się do niej. Podobnie było w przypadku mojej żony, której kiedyś powiedziałem: - Zobaczysz, kiedyś zaczniesz ich słuchać. Ten moment już nastąpił - czasem sama włącza ich utwory i ma już swoje ulubione. Moim zdaniem muzyka Depeche Mode jest nie tylko zaraźliwa, ale i ponadczasowa, dlatego że jest bardzo bogata.     

Czy często jeździsz na koncerty? Masz swój ukochany moment występu?    
Na koncerty Depeche Mode zacząłem jeździć stosunkowo niedawno, bo w 2010 r., kiedy pojechałem do Pragi wspólnie z grupą fanów. Od tej pory staram się być na dwóch występach w każdej trasie. Jest to dla mnie zawsze wyjątkowe przeżycie. Mój ukochany moment następuje podczas wykonania utworu „Never let me down again”, kiedy Dave wchodzi na podest i zaczyna machać rękoma do rytmu. Cała publiczność dołącza i powstaje fala z tysięcy machających rąk. Zawsze wtedy przechodzą mnie ciarki. Po koncercie przychodzi smutek, kiedy gasną światła, a muzycy schodzą ze sceny. Wiem, że będę musiał poczekać cztery lata na kolejną trasę.

Czy jest jakieś marzenie, które chciałbyś jeszcze zrealizować jako fan Depeche Mode?
Chciałbym zobaczyć ich w starym składzie, by zagrali może nawet nie cały koncert, ale choć kilka utworów.

Czyli marzeniem jest spotkanie z Alanem Wilderem.
Tak, tym bardziej że mam jedną związaną z nim historię, która pozostawiła niedosyt. W 2010 r. dowiedziałem się, że Wilder pojawi się w Łodzi z solowym projektem Recoil. Oczywiście kupiłem bilet i pojechałem. Na miejscu byłem stosunkowo wcześnie i chciałem obejrzeć miejsce, w którym będzie odbywał się występ – klub Wytwórnia. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem grupkę fanów. Podszedłem do nich i w tym momencie pod klub podjechał van, a z niego wysiadł Alan Wilder. Kompletnie mnie wtedy zamurowało. Stałem może 3 metry od niego, on rozmawiał z fanami, rozdawał autografy, pozował do zdjęć. Następnie pożegnał się z nami i odjechał, a ja dalej stałem jak wryty. Dopiero po kilkunastu minutach dotarło do mnie, że nie zrobiłem żadnego zdjęcia, nie wziąłem autografu. Spotkałem człowieka - ikonę i to mnie onieśmieliło.

Z pokolenia na pokolenie - Rozmowa z Adamem Genderą

Jak zaczęła się Twoja historia z Depeche Mode? Co przyciągnęło Twoją uwagę?     
W wieku ośmiu lat pojechałem z rodziną na wakacje, w okolice pod Warszawą. Moi kuzyni już wtedy słuchali Depeche Mode z kaset, całe ściany były obwieszone plakatami. Muzyka od razu mi wpadła w ucho. Pamiętam też, kiedy pierwszy raz miałem styczność z ubiorem „na depesza”, na koloniach w Gdyni. Odbywały się tam dyskoteki, na które przychodzili także miejscowi. Przynosili swoje płyty, nosili białe spodnie i czarne ramoneski.

Jak uważasz, na czym polega fenomen tego zespołu? Co Ty najbardziej w nim kochasz?
Przede wszystkim wyjątkowe kompozycje muzyczne, brzmienie tworzone przez Alana Wildera i teksty, które od początku stanowiły odpowiedź na sytuację społeczno-polityczną.

Czy zespół stracił na brzmieniu po odejściu Alana Wildera?  
Tu zdania wśród fanów są podzielone. Moim zdaniem zespół zyskał po wydaniu płyty „Ultra” w 1997 r. Miał nieco inny pomysł na siebie, muzyka stała się bardziej mroczna. Jednocześnie pozostało to, co dla brzmienia Depeche Mode jest najbardziej charakterystyczne.            

Który utwór Depeche Mode jest Ci najbliższy?          
Bardzo trudno wybrać. Jeśli chodzi o albumy, mój top to: SOFAD („Songs of Faith and Devotion” – przyp. red.), Violator, “Music for the Masses”, “Black celebration”. Z utworów na pewno: “Enjoy the silence”, “Behind the Wheel”, “A question of lust”, “A question of time” – jest tego mnóstwo. Jednym z pierwszych utworów jakie kojarzę jest “New life”, z sentymentem wracam do niego i do starszych płyt.

Skąd czerpałeś informacje o Depeche Mode w czasach, gdy nie było dostępu do internetu?
Były informacje w telegazecie, oczywiście teledyski w MTV i materiały w Bravo. Pamiętam, że pierwszą płytą, którą miałem w wersji oryginalnej, była „Black celebration” – dostałem ją w prezencie od wcześniej wspomnianych kuzynów.            

Co można znaleźć w Twojej kolekcji „depesza”?     
Książki – biografie zespołu i poszczególnych muzyków, oczywiście wydawnictwo „Monument”. Poza tym płyty, albumy koncertowe, pamiątkowe bilety i zdjęcia muzyków, których udało mi się złapać np. pod hotelem przed koncertem.

Który fragment koncertu Depeche Mode najbardziej zapada w pamięć?      
Lubię momenty, gdy Martin Gore śpiewa ballady. Fani wtedy zapalają latarki w telefonach i tworzy się niesamowity klimat.

Jesteś stałym bywalcem zlotów fanów zespołu. Co dzieje się podczas tego typu wydarzeń?
Pierwsze zloty w Polsce miały miejsce na przełomie lat 80. i 90., a informacje o nich można było znaleźć w telegazecie. Teraz, przy pomocy portali społecznościowych, grupy fanów mogą nawiązać kontakt i wspólnie organizować wydarzenia w różnych miejscach przez cały rok. Fankluby w poszczególnych miastach ustalają między sobą grafik. W tym momencie nasze spotkania niestety są ograniczone przez epidemię, ale zazwyczaj wygląda to tak, że przyjeżdżamy na miejsce na dzień przed zlotem, mamy przewodnika, z którym zwiedzamy dane miasto. Ogólnie spotykamy się, by posłuchać muzyki Depeche Mode, wymieniać się informacjami o zespole. Pomagamy też osobom w trudnej sytuacji życiowej, organizujemy na miejscu zbiórki i licytacje, a zebrane środki przekazujemy na cele charytatywne. Uczestnicy wystawiają przedmioty ze swoich kolekcji i prace artystyczne związane z Depeche Mode. Na pewno charakterystycznym punktem zlotów jest konkurs „Dave Dancing” na najlepszego naśladowcę ruchów scenicznych Dave’a. Osoby, które biorą w nim udział, muszą nie tylko mieć wrodzony talent, ale też oglądać dużo koncertów i teledysków, by złapać ten styl (śmiech). Pozytywne jest to, że w zlotach i koncertach uczestniczą całe rodziny, to zainteresowanie muzyką Depeche Mode jest przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Jak bliscy podchodzą do Twojej pasji, czy są jej częścią?    
Dzieciaki lubią tę muzykę, córka ogląda ze mną DVD z koncertów. Kiedyś miałem zabawną sytuację odbierając ją z przedszkola. Nauczycielka zapytała, czy ktoś u nas w domu słucha Depeche Mode. Okazało się, że córka włożyła strój króla i chodziła z leżakiem, jak Dave w teledysku „Enjoy the silence”.

Czy jest jakieś marzenie, które chciałbyś jeszcze zrealizować jako fan Depeche Mode?
Marzę o tym by pojechać do Pasadeny, gdzie nagrywany był koncert „101”. Chciałbym też zobaczyć Basildon w Wielkiej Brytanii – rodzinną miejscowość Depeche Mode.

Wszystko buduję od podstawRozwiń

Daniel Pluta – Aparatowy na Wydziale Gospodarki Wodnej w Centrum Infrastruktury. W Grupie Azoty pracuje od pięciu lat.  Od 12 lat pasjonuje się modelarstwem.

Danielu, jak rozpoczęła się Twoja przygoda z modelarstwem?
Pasja do modelarstwa zaczęła się u mnie dość wcześnie. Początki do „tworzenia" technicznych konstrukcji, w tym pojazdów mechanicznych w skali, przejawiałem już w wieku szkolnym. Myślę, że miłość do motoryzacji oraz do jej wszelakich rozwiązań konstrukcyjnych wpłynęła na moje zainteresowanie modelarstwem.

Na początku nie było łatwo... zaczynałem od prostych, sklejanych modeli aut. Pamiętam doskonale to rozgoryczenie, kiedy na szyby dostawał się klej, a i wiele innych części nie przylegało za dobrze... Nie dawałem za wygraną, z każdym kolejnym modelem udawało się być bardziej cierpliwym i dokładnym.

Z biegiem czasu doszedł aerograf z kompresorem do malowania, dziś natomiast buduję modele ciężarówek, zdalnie sterowanych w skali 1:10 oraz akcesoria w skali.

Czy modele, które wykonujesz, są powszechnie dostępnie? Można kupić gotowy projekt i części?
Zdecydowanie nie. Modele, które wykonuję nie są dostępne w żadnym sklepie. Nie można ich też zamówić. Do budowy modelu, w skali której buduję (1:10), potrzebuję jedynie rzutu bocznego pojazdu oraz wszystkich niezbędnych wymiarów.

Jak wygląda budowa modelu?
Wszystko buduję od podstaw, krok po kroku beż żadnej instrukcji, bazując jedynie na przeskalowanych wymiarach. Części takie jak opony, elektronika, skrzynie biegów, elementy napędu adaptuję od istniejących modeli zdalnie sterowanych dostępnych na rynku. Ale każdy projekt jest inny. Przykładowo - budowa modelu ciężarówki Tatra (na zdjęciu) zajęła mi półtora roku. By powołać ten projekt do życia, niezbędna była pomoc kolegi z Czech, który przez siedem miesięcy wykonywał dla mnie na maszynie CNC oraz obrabiarce komputerowej projekt podwozia, jak w odpowiedniku 1:1. Był to bardzo długi proces, od samej wizji po namacalnie ukończony model. Myślę, że modelarstwo jest pięknym odniesieniem do naszego życia - by zrealizować coś okazałego, bardzo ważnym jest pokochać cały ten proces, trudności przekuwać w dobre doświadczenia, cieszyć się z każdego etapu, mając cały czas przed oczami cel, który sobie nakreśliliśmy. Dlatego tak bardzo kocham to, co robię.

Czy znasz osoby, które również budują podobne pojazdy?
Oczywiście! Zasadniczo cała moja przygoda z modelarstwem zdalnie sterowanym zaczęła się od forum www.Rc-Trial.pl, na które trafiłem całkowicie przypadkiem w roku 2008. Gdy zobaczyłem, jaki talent mają Ci ludzie, co tworzą oraz to, że cyklicznie organizowane są zawody w całej Polsce, od razu wiedziałem, że to jest to czego szukałem! A minęło od tego czasu już 12 lat... Spotykamy się jak wspomniałem na terenie całej Polski.

Pierwszy sezon organizowany jest zawsze w Wildze pod Warszawą, następnie są: Wałcz, Jura Krakowsko-Częstochowska, Śląsk oraz Łódź pod koniec roku. Jesteśmy grupą kilkudziesięciu pozytywnie zakręconych ludzi z całej Polski, których łączy wspólna pasja do modelarstwa, oraz wspólne spędzanie czasu.

Mógłbyś opowiedzieć jak wyglądają takie zawody?
Każde zawody zaczynają się od zapisów na Forum. Tworzona jest lista gości, lista uczestników, którzy umieszczani są w poszczególnych klasach. Klasy po kolei zaczynają się od najmniejszych - Super Scaled czyli modeli, od których wymagane jest chociażby wnętrze, osprzęt dodatkowy tzw. "szpej" czy rygorystyczne trzymanie się wymiarów, następnie są mniej rygorystyczne klasy, takie jak - Scaled, Sport, Crawler czy w końcu moja ukochana klasa- zwana często klasą Królewską - czyli Truck. Każda z klas posiada osobny regulamin, który dopuszcza dany model do startu. Trasy, które wyznaczamy, są trasami „technicznymi", co oznacza iż nie prędkość i czas przejazdu jest tu ważny, co przejechanie jej z jak najmniejszą liczbą punktów karnych, które to przyznawane są chociażby za: dachowanie, zakopanie się, otarcie słupka czy przejechanie po słupku. Wszystko to sprawia, że rywalizacja jest bardzo zacięta. Zawody zawsze organizowane są w weekendy, odbywają się one w centralnej i południowej Polsce, z racji iż najwięcej modelarzy jest właśnie z tych rejonów kraju. Jak widać w moim przypadku, praktycznie każdy wyjazd wiąże się z kilkusetkilometrową podróżą po Polsce. Ale uważam, że jest to naprawdę wspaniała przygoda. Najbliżsi modelarze, z którymi wspólnie jeździmy na zawody są z Nowogardu, Gorzowa, a i od niedawna również z kolegą z mojej zmiany.

Co mógłbyś doradzić osobie, która chciałaby rozpocząć swoją przygodę z modelarstwem?
Przede wszystkim życzyć cierpliwości i niezniechęcania się, jeśli czujemy że to nie dla nas, że to nas przerasta. To właśnie trudności, które napotykamy na różnych etapach sprawiają, że jesteśmy lepsi. Myślę, że to wtedy wykuwa się prawdziwy talent i wytrwałość - czego każdemu życzę.

Rowerowy zawrót głowyRozwiń

Okres urlopowy w pełni. A może by tak gdzieś wyskoczyć na rower z dala od cywilizacji lub spróbować swoich sił na ekstremalnych trasach Bike Parku? Jazdę na rowerze zawsze można połączyć ze zwiedzaniem naszego kraju, tym bardziej, że infrastruktura rowerowa z roku na rok się rozrasta i mamy coraz więcej pięknych i bezpiecznych szlaków. Przedstawiamy kilka propozycji na rowerowe wypady w rekreacyjnym lub ekstremalnym wydaniu od Mikołaja Jaworskiego, który na co dzień pracuje jako samodzielny technolog na Wydziale Produkcji Wody w Grupie Azoty ZAK S.A., a po godzinach jest wielkim miłośnikiem i entuzjastą jazdy na dwóch kółkach.     

Jaki rodzaj dyscypliny uprawiasz na rowerze?
Ukierunkowany jestem na jazdę MTB, czyli potocznie mówiąc jazdę rowerem górskim. Staram się też kilka razy w sezonie wyskoczyć na mocniejsze doznania, czyli do Bike Parku czy na single tracki w Polsce lub Czechach. Bike Park to nic innego, jak góra lub góry z wyznaczonymi trasami dla początkujących i doświadczonych wraz z  wyciągiem narciarskim i wypożyczalnią sprzętu. Single track to wąska, wytyczona ścieżka, często bez sztucznych przeszkód, z której można zjechać lub podjechać zależnie od wyznaczonego kierunku jazdy. Odkąd posiadam rower szosowy, staram się dodatkowo od czasu do czasu poprzez wyjazdy wzmacniać swoją wytrzymałość i siłę. Wymagana inna pozycja oraz technika jazdy idą w parze z większą prędkością średnią czy możliwością pokonywania dłuższych dystansów.

Czy bierzesz udział w zawodach w tej dyscyplinie?
Od sześciu lat biorę udział w edycjach Bike Maraton, Bike Atelier Maraton czy okolicznych zawodach MTB. Na początku trochę się obawiałem takich imprez, ale wystarczył jeden udział, żeby połknąć bakcyla. Podczas zawodów towarzyszą mi zawsze niesamowite emocje, piękne i wymagające trasy czy otoczka wokół tych wydarzeń. W mojej najbliższej okolicy lokalne kluby i sklepy rowerowe organizują zawody MTB w Zakrzowie czy w Kędzierzynie-Koźlu  (Cardio Sport MTB Race). Aktualnie z racji epidemii ten sezon jest mniej udany, gdyż sporo zawodów było odwołanych lub przesunięto je w czasie.

Jak wygląda twój trening  przed startami w zawodach?
Przed startami w zawodach staram się przeznaczać kilka dni w tygodniu na mocniejszą, interwałową jazdę. Dwa dni przed startem odpoczywam lub robię lekki „rozjazd” (spokojna jazda z normalnym tętnem). Często istnieje możliwość zapoznania się wcześniej z trasą zawodów, co jest bardzo ważne, gdyż pozwala zapamiętać szczegółowo newralgiczne odcinki. W dzień startu ważne jest lekkie i pożywne śniadanie. Po starcie skupiam się na wyznaczonym celu oraz planuję rozłożenie sił na całą trasę.

Czy poza ekstremalnymi doznaniami jest czas na rekreacyjną jazdę rowerem?
Rekreacyjnie staram się jeździć z moją partnerką po okolicach Kędzierzyna-Koźla, gdzie tereny są płaskie i jazda jest przyjemna i lekka. Kiedy wyjeżdżamy na weekendy to zawsze zabieramy ze sobą rowery. Do rekreacyjnej jazdy polecam Góry Izerskie, Kotlinę Kłodzką, Roztocze czy Podlasie.

Na jakim rowerze aktualnie jeździsz?
Aktualnie jeżdżę na rowerze MTB Specialized Epic World Cup i na rowerze szosowym Focus Cayo. W planach mam zakup roweru enduro, który jest idealny na trudniejsze i wymagające zjazdy.

Czy uprawianie twojego hobby jest drogie?
Wszystko zależy od portfela. Sądzę, że porządny, dobry model roweru górskiego kupimy już za 3000 zł. Będzie to sprzęt na aluminiowej ramie, z amortyzatorem z przodu i hamulcami tarczowymi. W dzisiejszych czasach mnogość rodzajów rowerów stwarza czasem problemy przy wyborze. Coraz więcej jest rowerów elektrycznych, coraz więcej młodych ludzi wybiera też modele enduro (z podwójną amortyzacją i sporym skokiem oraz geometrią dostosowaną na podjazdy i zjazdy). Topowe rowery MTB czy szosowe najbardziej znanych marek potrafią kosztować nawet 40 000 zł. Do tego dochodzi wyposażenie, którego wachlarz z roku na rok staje się coraz szerszy. Kiedyś była mowa o rowerze górskim, szosowym czy miejskim, a w dzisiejszych czasach tych typów jest o wiele więcej.

Wolisz jeździć samotnie czy też z grupą przyjaciół?
Jeśli chodzi o trening to wolę samotną jazdę w okolice Góry Świętej Anny lub drogami leśnymi w stronę Gliwic. Sam wtedy wyznaczam sobie cel i staram się go zrealizować. Jeśli chodzi o emocje sportowe to są one zarezerwowane na starty w zawodach czy wyjazdy z paczką znajomych „zapaleńców”, gdzie staramy się rywalizować na ile się da i cieszyć każdym przejechanym kilometrem. Razem tworzymy nieformalną grupę o nazwie „Jeźdźcy Apokalipsy”. Jest to grupa osób o podobnych zamiłowaniach do roweru jak ja, gdzie każdy służy pomocną dłonią, dobrą radą i wsparciem oraz motywacją. Z osób pracujących w Grupie Azoty ZAK S.A. od kilku lat jeżdżę z Pawłem Majtą z Działu Zakupów Technicznych, Łukaszem Jabłońskim z Biura Przetargów oraz Adrianem Nawrockim z Działu Gospodarki Materiałowo-Magazynowej.

Jaka była najdłuższa trasa którą pokonałeś?
Nie mam się tutaj czym chwalić za bardzo, gdyż nie dystans, a urozmaicenie i rodzaj trasy ma dla mnie największe znaczenie. Z tego co pamiętam najdłuższa trasa jaką pokonałem to raptem 120 kilometrów – był to wyjazd do Czech i z powrotem. Małym wyczynem i osiągnięciem było pokonanie trasy po górach w Jesenikach z wjazdem na Pradziada (1491 m n.p.m.) oraz zjazd ze szczytu do miejsca gdzie mieliśmy samochody. Była to ponad 10-godzinna, grupowa wycieczka ze sporą ilością podjazdów i przewyższeniem ponad 3000 m.     

W jaki sprzęt należy się zaopatrzyć, żeby jazda rowerem była bezpieczna?
Przede wszystkim kask, dobre rękawiczki, lekki i niekrępujący ubiór, pompkę, zestaw kluczy, oświetlenie w czasie jazdy po zmroku oraz jak zawsze coś do picia np. wodę lub izotonik. W trudniejszym terenie, zjazdach w Bike Parku czy na single trackach przydadzą się ochraniacze na piszczele, kolana, łokcie czy klatkę piersiową oraz kask typu fullface i gogle. Bardzo ważną i istotną rzeczą pod względem bezpieczeństwa są regularne przeglądy serwisowe naszego roweru.

Jak jest u nas w kraju z infrastrukturą rowerową?
Z pełną świadomością i przekonaniem stwierdzam, że coraz lepiej. Widać postępy prac w górskich miejscowościach czy wytyczanie nowych ścieżek rowerowych chociażby takich jak droga z Koźla do Baborowa czy trasa Green Velo we wschodniej Polsce. Powstaje coraz więcej miejsc, gdzie można „poszaleć” w Bike Parkach czy na ścieżkach –  Mountain Resort w Szczyrku, Enduro Trails w Bielsku-Białej, Złote Ścieżki w Głuchołazach czy mnogość ścieżek w Świeradowie-Zdroju. Oprócz miejsc wymienionych w naszym kraju lubię odwiedzać naszych południowych sąsiadów w Czechach w Koprivnej pod Pradziadem lub w miejscowości Demaniowska Dolina pod Chopokiem na Słowacji. Polecam również Rychlebskie Ścieżki w Czechach, gdzie mamy niebieską bardzo łatwą trasę przeznaczoną dla rodzin z dziećmi lub czerwoną dla bardziej zaawansowanych. Jest tam bardzo dobra infrastruktura i rewelacyjne zagospodarowanie terenów.           

Czy masz swoją ulubioną trasę i jaką trasę byś polecił dla początkujących cyklistów jak i tych bardziej zaawansowanych?
Bardzo lubię lasy w stronę Gliwic czy okolice Góry Świętej Anny i tereny po jej drugiej stronie. Bardzo dobra trasa jest z Kędzierzyna-Koźla do Mosznej, co w obie strony daje nam 90 kilometrów w nogach. Przyjemnie jedzie się też w stronę Raciborza po jednej lub drugiej stronie Odry – wycieczka łąkami, lasami i małymi miejscowościami na 80 kilometrów. Dla wytrwałych polecam wyjazd w Jeseniki i wjazd na Pradziada. Bardzo dobrze jedzie się też w Kotlinie Kłodzkiej i tam polecam wyjazd na weekend.

Czym dla ciebie jest jazda na rowerze?
Jest odskocznią od dnia codziennego, pozwala mi się cieszyć pięknem natury i otoczenia, wzmacnia pracę serca, podnosi moją odporność. Mamy piękny kraj, z górami, lasami, jeziorami, nizinami i zabytkami, który warto zwiedzić właśnie jadąc na rowerze. Natomiast jazda w zawodach zaszczepia we mnie nutę rywalizacji, stwarza możliwości sprawdzenia siebie samego i pokonywania własnych granic.

Kategorie
Zastosowania
Pełna oferta
Oleochemia
zboża ozime
Wyszukiwarka